Banff / Canmore, Alberta, Canada
24/08/2013 (Sobota) - 25/08/2013 (Niedziela)
Śpimy dzisiaj w Rundle Ridge Chalets w Canmore bo jest:
a) tanio,
b) po drodze do Banff.
Nie spodziewamy się żadnych kosmosów.
Pierwszy chyba raz docieramy do hotelu jak jest jeszcze relatywnie jasno. Pierwszy raz widzimy zachód słońca z okien pokoju. Tfu. Dupachód dupońca - chuja widać bo znowu pada ;)
Dostajemy bungalow w lesie trochę oddalony od drogi i z widokiem na góry. Wchodzimy do środka, a tam przy ścianie kominek. Taki zajebisty, klimatyczny, górskochatkowy kominek! Drwa na opał ułożone przed wejściem, instrukcja obsługi, zapałki, rozpałki i inne chujałki w materiałowym worku wiszącym przy kominku. Brak słów. Na wstępie 10/10.
W tym momencie żałujemy, że zostajemy tu tylko kilka godzin. Jak na razie jest to najklimatyczniejsze miejsce, w jakim spaliśmy w Kanadzie.
I mamy kawusię orzechową. Tylko mleczka brak. W recepcyjnym sklepie też brak. God dammit.
Pierwszy raz od przyjazdu mamy też w miarę wolny wieczór. Opieprzamy się ile wlezie, gdyż wolny czas na naszych wakacjach to zazwyczaj rarytas. Nic to jednak - odpoczniemy jak wrócimy do pracy :P
Oh ah, jak zajebiście się spało. Górskie powietrze w drewnianej chatce z kominkiem. Bajkurwakowo!
Jedziemy do Banff. Tak nam było wczoraj fajnie, że nie chciało nam się zrobić riserczu. Jedziemy na tak zwanego Mariana.
Plan: brak. O dupa węża, znowu ;) Staczamy się organizacyjnie. Jak polska reprezentacja w piłkę nożną.
Mamy ulotkę z dużym napisem: "Gorące Źródła". Czegóż więcej do szczęścia potrzeba? Brzmi rozkosznie. GPS na gorące źródła.
Jedziemy sobie wesoło przez miasteczko. Gigantyczna tablica "witamy w Banff!" rysuje się na horyzoncie z tysiąca mil. Banfwood kurwa. Tu kafejka, tam sklepik, dalej Ferrari, drugie Ferrari, trzecie Ferrari, nasza Jetta. Coś tu nie pasuje. Wiem co! My :) Jebie turystami na kilometr. Znowu - jak mrówek. Rezorciki, hoteliki, masażyki. Starsi panowie z żonami, co mogłyby być ich wnuczkami. Pewnie z materiał z Polski. Nie ważne czy staje, ważne że kasę daje.
Gorące źródełka zwane tutaj "Upper Banff Hot Springs" powinny zmienić nazwę na gorący basenik. W środku całe przedszkole (szczające do wody bękarty) i z naturalnych rzeczy został tylko widok z góry na góry. Całość ma 30-50cm głębokości i jest wyłożona gustownymi majtkowymi kafelkami. Tyle dobrze, że się zesrałem przed wejściem. Wymieniłem z kibla przez szparę w drzwiach kilka porozumiewawczych spojrzeń z mężczyznami zmieniającymi gacie na kąpielówki i od razu poprawił mi się humor.
Mocząc dupki poznaliśmy rodzinkę z Iranu. Chudziutki mąż i mama z córką - obie tłuste jak ja. Mamuśka skończyła studia w Iranie. Potem przenieśli się do Kanady, gdzie nie uznali jej studiów i musiała robić je ponownie :) Szkoda, nioch nioch. A teraz, jak na nomadzką rodzinkę przystało, będą się przenosić do US - ich zdaniem zarobki tam są takie same, ale dobra materialne da się nabyć taniej. Przedstawili się nam jako obywatele Persji. Ktoś tu chyba chciałby się cofnąć w czasie ;) Niby 100 lat temu Iran dalej był zwany Persją. Choć tak na prawdę to pewnie chcieliby się cofnąć trochę dalej - jakieś 2500 lat wstecz, kiedy to Persja była najpotężniejszym cesarstwem w rejonie. W sumie to do dzisiaj nie było większego imperium, ale kogo to teraz obchodzi :P Fajnie to to teraz wygląda tylko w Prince of Persia lub Alladynie (którego akcja odbywa się w fikcyjnym miejscu, Persję tylko przypominającym hehe).
Czas zobaczyć miasto. Generalnie nie jest to zbyt duże wyzwanie gdyż "miasto" to jedna ulica z budynkami po obu stronach. Przeszliśmy się rozkosznie w tę i z powrotem (jak Bilbo prawie), kupiliśmy mini prezenty dla rodzinki i zdecydowaliśmy się udać coś wrzucić na ruszt.
Coś Azjatyckiego nam chodzi po głowie. Idziemy do randomowej tajskiej knajpy na pierwszym piętrze i siadamy sobie na balkonie, skąd widać główną ulicę, górki i pana grającego na gitarze.
Standardowo, zamawiamy ostre papu po którym dupa piecze przez 2 dni i puszczam mokre bąki.